Zanim zacznę, zaznaczę, że wpis nie jest pisany przy współpracy z marką. Jest w 100% moją opinią, która nie jest podparta żadnymi profitami. Zakochałam się.

Zastanawia mnie jedno - dlaczego podczas wielotygodniowego researchu w Sieci i wśród znajomych, nikt nie wspominał o firmie Silcare? Naprawdę nie zależało mi na cenie poniżej 20zł za buteleczkę, ale jeśli mogę dać mniej oznacza to, że mogę mieć więcej

Póki co jestem posiadaczką czterech kolorów hybrydy marki Silcare i po wielotygodniowych próbach wiem, że na pewno nie zmienię firmy. 

Dlaczego?

Po pierwsze jakość! Gdzieś czytałam, że lakiery są rzadkie, nie są tak gęste, jak znany wszystkim Semilac, Cosmetics Zone, czy Indigo. Jednak dla mnie, początkującej w temacie manicure hybrydowego, gęsty lakier jest przeszkodą i zalaną skórką. Przy Silcare zalana skórka to tylko kwestia robienia na szybko, kiedy uzupełniałam wieczorem z gorączką złamany paznokieć. 
Po drugie cena! W promocji w salonie w Szczecinie kupić można serię Color it za 4,50 od buteleczki. To grosze. Mało kogo na to nie stać.

Kolory są ładne, krycie normalne - druga warstwa w pełni kryje paznokcie.

Inne produkty marki


Mam efekt syrenki i to nie zachwyca. Znaczy... Jest ładnie, naprawdę ładnie, ale wciąż jest to brokat. Drobny, ale brokat. Oczekiwałam odrobinę innego efektu. Poza tym produkt jakościowo bardzo fajny.

Bazy i Topu używam z Cosmetics Zone, ale z chęcią dokupię też z Silcare, żeby zobaczyć, jak się z nimi pracuje. 

Silcare! Zyskaliście nowego, wiernego klienta. Jestem za-u-ro-czo-na! 


A Ty? Jakie masz zdanie? Zapraszam do komentowania :)


Co roku zastanawiam się, skąd ten cały Walentynkowy szum i przepychania w rozmowach prywatnych i Internetowych. Wy się lepiej, ludzie z listopada zastanówcie, ilu z Was zostało poczętych 14 lutego w przypływie komercyjnej namiętności :-)


"Bo to przecież czysta komercja!"


Serio? A co nie jest komercją? Święty w czerwonym płaszczu, z czerwonymi polikami i białą brodą? Może te tysiące zniczy wystawianych już we wrześniu  w przeróżnych wzorach i kolorach? Może te lampiony na Noc Kupały, która przecież jest nasza! Jesteśmy zalani komercją po same uszy. Topimy się w kampaniach marketingowych, a jedna napędza kolejną. Każde mniejsze, czy większe święto jest genialną okazją to zbicia odrobiny kasy na tematycznych gadżetach. Jednak, czy to jest powód, żeby z góry wylać na coś wiadro hejtu i goryczy? Dla mnie nie.

"Walę-w-tynki, bo nie mam z kim...


... jednocześnie uważam, że święto to jest beznadziejne i nie obchodzę. Jak miałem/am z kim, to obchodziłem/am, ale teraz to nie. To głupie". Nooooo, moja ukochana postawa! Jak nie mam z kim, to fuj, to brzydzą mnie zakochane pary i to w ogóle jest obleśne... śmieszne! Hipokryta przegania w argumentach hipokrytę. Bo jak to, rok czy dwa lata temu 14 lutego tuptał opatulony skowronkami i rysował serduszka na zaparowanej szybie, a teraz zapomniał? Walentynki to święto zakochanych! Jak nie masz partnera, to spędź je z ukochaną babcią, czy zabierz psa na długi spacer. Okaż komuś, że go kochasz jeszcze jeden raz, nawet jak jest tylko (a może aż) kotem w nogach łóżka :-)

"Kocha się cały rok, a nie tylko raz"


Czy 365 dni w roku to odpowiednia ilość na okazanie uczuć najbliższej osobie? Dlaczego nikt nie krytykuje rocznic, urodzin, imienin, świąt jako zbędnej okazji do okazywania sobie uczuć? Otóż dlatego, że Walentynki są na tyle kontrowersyjne, że dla zasady trzeba przyjąć postawę "nie chcę, nie lubię", bo przecież głupio tak po prostu przykleić uśmiech na twarz i nie zrzędzić. Nie można 14 lutego potraktować jako dobrej okazji do okazania bliskiej osobie tego, co czujemy? Do mówienia usłyszenia "kocham Cię" częściej, niż zawsze? Zatrzymaj się na chwilę, złap ukochaną osobę za rękę i pomyśl, co dobrego Wam się przytrafiło i róbcie co chcecie! Miłości nie wyznacza grubość portfela, ani ładna buzia. Może Walentynki to idealny czas, by coś naprawić, by wyciągnąć wnioski i zacząć od nowa? 

...


Ja upiekę suflety czekoladowe, zrobię smaczny obiad. Jak pogoda pozwoli, pojedziemy rowerami do lasu. Jak nie - będziemy zalegać w łóżku i oglądać filmy. Zatrzymamy się, bo na to nie zawsze jest czas w ciągu roku. Związek należy pielęgnować codziennie, a nie od święta, ale każde święto jest dobrą okazją do czegoś więcej, nawet jak jest to tylko jeden film więcej ; )
Słodka, walentynkowa pościel na łóżku leży od wczoraj, bo ja lubię takie rzeczy. Lubię. I lubiłam, jak byłam sama.


Bo to dobre święto jest. Co z tego, że amerykańskie. Co z tego, że słodkie i kiczowate. No co z tego? Komu to krzywdę wyrządza?

Zaznaczę, że jest to mój czwarty manicure hybrydowy w życiu, a pierwszy wykonany samodzielnie. Przez dobre dwa miesiące szukałam idealnego zestawu dla siebie. 
Po pierwsze: Zależało mi na zestawie, który jest kompletny i kiedy przyjdzie do mnie do domu nie okaże się, że zabrakło tego i tamtego i muszę domawiać kolejne elementy, a będę mogła z miejsca przystąpić do tego długo wyczekiwanego pierwszego razu :-)
Po drugie: Nie chciałam wiązać ceny z jakością, ale jak prześledziłam opinie znajomych i Internety wzdłuż i wszerz okazało się, że łatwo kupić Mega zestaw XXXXXXL za grosze, a potem korzystać jedynie z lampy.
Po trzecie: Chciałam mieć możliwość wyboru koloru lakieru hybrydowego. Co jest oczywiste.

Dlaczego hybryda?


Chcę zapuścić paznokcie nie przedłużając ich żelem. Moje naturalne próbowałam przez 3(!) lata. Trzy długie lata odżywek, wcierek, kremów, dbania, chuchania, mycia naczyń i sprzątania w rękawiczkach i.... nic! Paznokcie udało mi się zapuścić 3 razy - na hybrydzie, ale tuż po jej zdjęciu traciłam jednego za drugim. Naprawdę, ani suplementacja od środka, zdrowa dieta, nic nie pomagało na ładne, naturalne, długie paznokcie. Łamały się, rozdwajały. Każdy, nawet najdroższy lakier na najlepszej bazie trzymał mi się maksymalnie 1,5 dnia bez odprysku. Tragedia. Umordowałam się okropnie i postanowiłam zainwestować w swój zestaw.

Czemu chcę robić sama?


Bo nienawidzę terminów. Strasznie nie lubię pilnować terminów, trzymać się planów i moje życie poza pracą i uczelnią staram się zbytnio nie organizować ani dniami ani godzinami. O wizytach bym pewnie zapominała, albo odwoływała i się rozmyślała. Byłabym okropną klientką - wolałam odpuścić to sobie (i innym!) i zainwestować w swój sprzęt.

Cosmetics Zone


Trafiłam na mnóstwo opinii o marce, że jej produkty jakościowo porównywane są do znanej marki Semilac. Wahałam się kilkanaście dni przełączając kolejne zakładki w przeglądarce i zastanawiając się - Semilac czy Cosmetics Zone? Stanęło na tej marce, bo zestaw Semilaca był po pierwsze z lampą LED, a mi zależało na UV no i Semilac narzuca kolor hybrydy... a ja nie lubię, jak mi się coś narzuca.

Skład zestawu:
- lakier hybrydowy color - 15 ml (dowolny kolor z palety)
- lakier hybrydowy base - 15 ml
- lakier hybrydowy top - 15 ml
- remover - 15 ml
- oliwka kosmetyczna zapachowa 15 ml 
- cleaner - 150 ml
- aceton kosmetyczny - 150 ml
- lampa UV 36W w kolorze białym
- waciki bezpyłowe - 250 sztuk
- patyczki z drzewa pomarańczowego
- czterostronny diamentowy blok polerski
- pilniczki - banan i prosty
(skopiowane ze strony producenta)

Wrażenia i relacja


Zestaw zamówiłam tutaj: KLIK W LINK 
Kolor lakieru hybrydowego, jaki wybrałam to PST 13 Pistachio
Zamówienie złożyłam w sobotę, dziś jest wtorek i rano już dzwonił do mnie kurier, że paczka jest gotowa. Szybkość obsługi na duży + 
Rozpakowałam, sprawdziłam lampę, przygotowałam paznokcie, nałożyłam bazę, włączyłam lampę, a ona wybuchła... Wściekłam się, bo nie dość, że tyle czasu wybierałam firmę, żeby się nie zawieść, to wyszło jak zawsze. Zadzwoniłam do biura obsługi klienta i Pan zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie jakością obsługi i mam nadzieję, że to wrażenie się utrzyma i szybko dostanę swoją lampę z reklamacji :-) 
Nie poddałam się, zaczęłam szukać, kto może mi pożyczyć lampę na jeden dzień, bo przecież obiecałam notkę i produkty marki same się nie przetestują. Byłam przeokropnie ciekawa, jak to się będzie nakładało!



I od nowa, cleaner, baza, kolor, kolor, top, cleaner. To samo z drugą ręką :)

Jak wyszło?



Pozalewałam kilka skórek, ale to wina moja, a nie lakieru. Muszę to jeszcze wyczuć. Jakość produktu? Genialne pędzelki! Szerokie, dobrze wyprofilowane. Łatwo się nimi pracowało. Remover do skórek świetny, w 2 minuty pozbył się ich, jak obiecuje producent. Marka zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, prócz tej uszkodzonej lampy. Mam nadzieję, że dalsza obsługa nie wywoła u mnie niesmaku, bo naprawdę póki co mam bardzo dobre nastawienie. I ochotę na kolejne kolory (taaak, shopping to to co kocham), jeśli ten, co mam utrzyma się tak długo, jak zakładany przez osoby trzecie (daję tu pewne widełki z uwagi na to, że to mój pierwszy raz).


To co? Do następnego! Za 2 tygodnie wracam z testem noszenia hybrydy, jej ściągania oraz czy Cosmetics Zone uporało się już z reklamacją. Ja lecę pobiegać, a Ciebie zapraszam do podzielenia się w komentarzach opinią na temat lakierów hybrydowych. Enjoy! :)
Oficjalnie niedzielę ustanawiam dniem rozdań. To w niedziele odbywać się będą wszelkiego rodzaju konkursy i rozdania. Postanowione? No to do dzieła!


Z okazji 100 fanów na fanpage mojego bloga - KLIK! postanowiłam nagrodzić jedną osobę takim mini zestawem kosmetycznym, w którego wskład wchodzą:
1. Eveline, Argan Oil Sun, SPF 30
 2. BALEA, krem do rąk rumiankowy
3. Eveline, dwie maseczki do twarzy
4. Mini-szampon i mini-balsam do ciała
 które to są prezentem od mojej mamy specjalnie dla Was.
Prosto ze statku cumującego w Hamburgu :)

ZASADY KONKURSU

  1. Polub fanpage na portalu facebook - NIEMĘSKOOSOBOWA
  2. Polub i udostępnij publicznie (to bardzo ważne, aby post był publiczny) post - https://www.facebook.com/niemeskoosobowa/posts/562233607259454
  3. W komentarzu pod postem zaproś do zabawy minimum dwie osoby :)
  4. Zostaw tutaj komentarz, że wykonałeś powyższe zasady i podpisz, pod jaką nazwą na fejsie występujesz, żebym mogła sprawdzić, czy spełniasz zasady konkursu :)
  5. Zabawa trwa od dziś (24.01.15) do 31.01.2016. Wyniki ogłoszę pod tym postem 1 lutego! 
POWODZENIA!


!!!WYNIKI!!!


Wygrała Ula Siedlanowska! Gratuluję i zapraszam do kontaktu w wiadomości prywatnej :)

Na Instagramie i w Sieci króluje bardzo modna w tym sezonie siwizna na włosach. Blondynki mają lepiej, bo jest im dużo łatwiej ten odcień uzyskać, niż szatynkom, czy rudzielcom. Oczywiście, że kolor ten znajdzie tak samo wielu zwolenników, jak i przeciwników, ale kobieta zmienną jest i czasem lubi coś przekombinować w swoim wyglądzie, nawet jeśli pretekstem będzie fajne zdjęcie na insta, czy kilka pochwał w klubie. 

(źródło: Internet)

Jak tanim kosztem możesz mieć siwe włosy?


Dodam, że krótkotrwale, co dla większości jest plusem. Wystarczy Ci to, co masz w domu i jeden produkt z apteki, który kosztuje kilka złotych (w zależności od tego, w jakiej aptece kupujesz). Potrzebne Ci będą:
- szampon
- rękawiczki (gencjana bardzo brudzi)
- odżywka do włosów
- wodny roztwór fioletu gencjanowego 
(bardzo ważne, żeby to był wodny roztwór)

- woda do umycia głowy
Wystarczy, że umyjesz głowę, a do odżywki (najlepiej całej, jeśli masz włosy dłuższe niż do ramion - taka 200ml spokojnie wystarczy) dodasz kilka (!) kropel gencjany. Bardzo ważne, żeby to było kilka kropel, a nie pół buteleczki, chyba że chcesz uzyskać włosy fioletowe :-) Wmasowujesz dokładnie we włosy i zostawiasz na kilka minut (też nie za długo). Następnie spłukujesz wodą i gotowe! Ja po dokładnym spłukaniu dodaję do dużej miski z wodą 3-4 krople i taką płukanką polewam dokładnie włosy, suszę i jestem gotowa do działania. Ja skupiam się na końcówkach włosów i tam daję najwięcej mieszanki, resztę rozcieram na górze z wyczuciem, ale to dlatego, że nie lubię jednolitych odcieni.


Jak z trwałością?


Zależy od tego, jak często myjesz włosy i jak bardzo chłoną one nowe pigmenty. Mi się trzyma do 4 myć, przy czym z każdym mocno się wypłukuje. Po pierwszym razie moje włosy łapią syrenkowy, niebieski odcień, ale wystarczy umyć włosy i już są siwe. Możesz też spłukiwać włosy po myciu fioletową płukanką z gencjany, a odcień utrzyma się dużo dłużej :)

Dla kogo?


Dla blondynek - nam jest dużo łatwiej przy tego typu zabawach, bo nie musimy rozjaśniać włosów.


Co myślicie o siwiźnie tak pożądanej w ostatnim czasie?





Na wstępie zapowiem, że to będzie 2w1 - recenzja całej serii Velvet Matte Lipstick znanej zapewne wszystkim firmy Golden Rose, a jednocześnie moje cztery ukochane kolory, bez których na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie życia. Kapsel pomagał w testowaniu uporczywie wąchając :-)


Jak na nie trafiłam?


Na pewno nie z Internetu. Nie ufam do końca Internetowym recenzjom, bo niektórzy bloggerzy przestają być obiektywni, gdy tylko nawiążą współpracę z daną marką. Z opiniami i recenzjami większości produktów jestem na bieżąco, ale nie rzucam się w ciemno po ich zakup już po pierwszej pozytywnej opinii. Dystans to podstawa. I własne zdanie. 
Historia jest prosta. Szukałam czegoś taniego, bo miałam kilkanaście złotych na zbyciu, które musiałam* wydać. Poprosiłam ekspedientkę - w jednej z moich ulubionych drogerii w mieście - o coś matowego w dobrej cenie. Wyjęła mi paletę GR, ja wybrałam piękny numer 13....... i odpłynęłam! Od pierwszego użycia zauroczyłam się w tej serii, bo spełnia absolutnie WSZYSTKIE moje wymagania.

*musiałam jest pojęciem względnym. Czasem ochota na nową pomadką jest tak silna, że niekupienie żadnej grozić może silną chandrą.



Zalety


  • Pigmentacja bajka! Każdy kolor jest tak dobrze napigmentowany, że mi osobiście wystarcza jedna warstwa.
  • Nie rozmazuje i nie rozpływa się w konturach ust.
  • Są naprawdę matowe. Spotkałam się już z kilkoma markami, których mat nie był do końca taki, jakiego oczekiwałam. Nie myślałam jeszcze wtedy o blogu i lądowały w koszu, ale postaram się do nich dotrzeć i sprawdzić je jeszcze raz specjalnie dla Ciebie.
  • Nie wysuszają ust! Moje usta nie zawsze są w idealnej kondycji, a Velvet Matte nie robi z nich jeszcze gorszej sieczki. Kiedy jest naprawdę źle - już w nałożoną pomadkę wklepuję odrobinę Carmexu, nigdy nie używam go pod pomadkę, aby nie tracić na pigmentacji.
  • Trwałość, trwałość, trwałość! Oczywiście co ciało, to inaczej, ale na moich ustach trzyma się spokojnie kilka godzin nawet przy piciu i jedzeniu. 
  • Cena nieadekwatna do jakości. Pomadka kosztuje jedyne 11,90zł 
Jak wygląda po przetarciu chusteczką do demakijażu?


Przetarłam dłoń kilkukrotnie i efekty widzicie powyżej. Zdecydowanie na plus dla serii.

Wady



Tylko jakość napisów na opakowaniu. Sama widzisz, że nie wyglądają idealnie. Jednak nie jest to wada, która przemawiałaby za tym, aby nie kupować tych produktów. Zwłaszcza za taką cenę :-)


Poluję...


Na numer 29, 32 i 33! Lubię kupować stacjonarnie, ale jeśli przy kolejnej dostawie do punktu nie uda mi się ich dostać - zamówię u producenta, bo nie wyobrażam sobie, żeby ich nie mieć.

Gdzie kupisz?


Stacjonarnie w punktach sprzedaży Golden Rose, w drogeriach w swoim mieście i na stronie producenta O TUTAJ



Twarz

Jest wizytówką każdego człowieka. Na niej widać zakochanie, radość, przygnębienie, zmęczenie, zły humor. Na niej pojawiają się pierwsze wizualne oznaki starzenia się. Bardzo ważnym jest, żeby zachować podstawy jej pielęgnacji i wiedzieć, że chorobę i długi, męczący dzień można zatuszować. A jak? Nie tylko dużymi okularami :-) 


Makijaż


Makijaż jest dobry. Umiejętny makijaż jest dobry. Koniec, kropka. Naprawdę ułamek kobiet na świecie wygląda zjawiskowo w wersji "no make-up". 
(na ustach ukochana Golden Rose Velvet Matte Lipstick nr 13)


Co ze mną?


Ja jestem cholernie niesystematyczna, jeśli chodzi o pielęgnację jakąkolwiek. Pamiętam, że kiedy zaczęłam swoją przygodę z makijażem (i nie, nie zaliczam do tego zielonej maskary nakładanej w tramwaju w gimnazjum) byłam w liceum. Nikt mi nie mówił, że makijaż się zmywa codziennie! Dobra, mówiła mi mama, ale argument "bo będziesz miała pryszcze" mnie nie przekonywała, bo nigdy nie wiedziałam, czym jest trądzik. Więc spać chodziłam z tuszem na rzęsach i w czarnej kredce dookoła oka. Mrau. Rano resztki rozcierałam palcami, przetarłam chusteczką nawilżaną dla dzieci i koniec! Na szczęście, jak dotarłam do korzystania z podkładu to przynajmniej używałam już mleczka do demakijażu. 
Po pierwsze i najważniejsze!
Codziennie przed spaniem zmywam makijaż, dokładnie! I zawsze jeden ręcznik mam przeznaczony tylko do twarzy. Nieważne jak bardzo jestem zmęczona, nieważne o której godzinie wracam i nieważne, czy jestem po pracy, zakupach czy imprezie. Zmywam twarz i nie robię odstępstw. Najpierw mleczko (Garnier różowy albo zielony), potem płyn micelarny (Garnier zielony na zmianę z różowym), a później dokładnie myję twarz Białym Jeleniem w kostce z otrębami pszennymi. Uwielbiam, kiedy moja twarz jest tak czysta, że aż skrzypi. Potem płuczę lodowatą wodą, albo pryskam wodą termalną (La Roche Posay). Na koniec krem natłuszczający (bursztynowa Vilcacora) i mogę poddać się wieczornemu lenistwu.
Po drugie
Dwa razy w tygodniu staram się używać peelingu i maseczki do twarzy. Chociaż ostatnio zauważyłam, że lepsza niż maseczka po peelingu jest oliwa z oliwek, olej kokosowy, lub oliwka rumiankowa w żelu Johnson&Johnson
Po trzecie
W zależności od pory roku rano przed makijażem krem natłuszczający (zimą i znów jest to Vilcacora), albo nawilżający i tu nie znalazłam niczego, co skradłoby moje serce.


I to by było na tyle. Nie bawię się w wody różane, w parówki, okłady, kilkugodzinne zabawy w SPA. Nie jestem konsekwentna, nie umiem wyrobić sobie systematycznych nawyków, chociaż bardzo bym chciała.

A ty?


Jak dbasz o swoją twarz? Jakie kosmetyki polecasz?